niedziela, 8 lipca 2012
002 ROZDZIAŁ I
Mijała kolejna godzina a po dziewczynie nie było najmniejszego śladu. Chłopak zatrzymał się pod jej mieszkaniem, jednak gdy dzwonił nikt się nie odzywał. Telefon miała wyłączony. Nie wiedział co ma robić. Pozostało mu tkwić bezczynnie przed blokiem, patrząc na jej okno przez które widać było słabo świecące światło w mieszkaniu.
Czarnowłosa spojrzała na zegarek. Dochodziła 2.00 w nocy. Miała dość ciągłych telefonów więc zdecydowała się wyłączyć komórkę. Nie chodziła już tak otępiała i sfrustrowana jak kilka godzin temu, jednak ból którzy czuła w sercu towarzyszył jej w dalszym ciągu. Czuła się samotna i oszukana. Nic dziwnego – po tym co ją spotkało.
Dziewczyna udała się do swojej sypialni. Mały pokój w kolorach różnorodnej czerwieni pozostał oświetlony. Widocznie zapomniała zgasić światła gdy wychodziła, ale to nic – pomyślała i uklękła przed małą szafką nocną. Wysunęła ostatnią z szuflad a po chwili wyciągnęła z niej mały, szczelnie zamknięty woreczek z białym proszkiem. Zawróciła do kuchni, usiadła przy stole i wysypała proszek na blat, po czym z perfekcją ułożyła leżącym nieopodal nożem idealne, długie białe kreski. Wyciągnęła z kieszeni 3 banknoty i zrolowała je w lufkę. ‘ Czy za każdym razem będę do tego wracać? ‘ – pomyślała. Jednak nie miała już żadnej motywacji, by przestać. Potrzebowała tego. Jeszcze raz pomyślała o Nim po czym pochyliwszy się nad białym proszkiem szybko zaczęła wciągać białe kreski do nosa.
- Mówisz, że była z tobą do ok. 23.40 ? – zapytał funkcjonariusz załamanego chłopaka.
- Tak. Później … no, można nazwać to kłótnią. Niech zostanie, ze się pokłóciliśmy a ona uciekła. – opowiadał.
Znajdowali się w pustym mieszkaniu czarnowłosej dziewczyny. Do klatki wpuściła go sąsiadka, a gdy chłopak wszedł na samą górę spostrzegł, ze drzwi mieszkania są otwarte, ale w mieszkaniu nie znalazł ani śladu po dziewczynie.
- Panie Collins, rozumiem, że to osobiste, ale żeby ustalić przyczyny zniknięcia Panny Lightwood muszę poznać wszystkie istotne szczegóły. Jeśli chce Pan wiedzieć, to traktujemy całą sprawę jak najbardziej poważnie, jednak od zaginięcia nie minęły ustalone 24h. Bardzo możliwe że oddzwoni do Pana rankiem, lub po prostu wróci do domu. To, że teraz zastał Pan mieszkanie puste nie znaczy, ze nie mogła zatrzymać się u znajomego. – wyjaśnił chłopakowi policjant poprawiając swój mundur.
- Byłem pewien, że ona tu jest… - odpowiedział zawiedziony.
- Proszę odczekać zlecone 24h, jeśli po nich nadal nie będzie Pan miał kontaktu z przyjaciółką proszę się odezwać. Zrozumiał Pan?
- Zrozumiałem.
- Dobrze – powiedział wyciągając z tylnej kieszeni notatnik i długopis – poproszę jeszcze raz... Pańska godność?
- Jonathan Charles Collins.
- Dobrze. A godność zaginionej? I kim ona dla Pana jest?
- Catherine Alice Lightwood - zacisnął dłonie w pięści – Ona… to moja bliska przyjaciółka – skłamał.
- Dobrze, proszę się odezwać jeśli się nie pojawi po upływie 24h – funkcjonariusz zapisał ich dane osobowe po czym wyszedł z mieszkania – Proszę się nie stresować. Jestem pewien, ze do rana się pojawi. Do widzenia.
Jonatan wziął głęboki oddech. W myślach ujrzał jej uśmiechniętą twarz, jednak wydawała się być jakaś niewyraźna. Po chwili cała zniknęła w potoku czarnych myśli. Chciał odpowiedzieć policjantowi że to mało prawdopodobne, że sam będzie jej szukać, jednak z ust wydobyło się tylko to.
- Do widzenia.
Ulice spowite były mrokiem, nienaturalnie gęstą ciemnością. Chmury pokrywały sklepienie nieba, groźnie unosząc się nad miastem. Światło na końcu uliczki ostrzegawczo mrugało do przechodnich tworząc atmosferę grozy. Ludzie nigdy nie zwracali uwagi na piękno nocy. Ludzie są głusi na rzeczywistość. Zwracają uwagę jedynie na to, co się dzieje wokół nich. Nigdy nie zrozumieją, że istnieją rzeczy ważniejsze niż praca, czy wypad ze znajomymi na miasto.
Niebo przeciął pod szerokim kątem błysk pioruna. Catherine zaczęła liczyć.
Raz… dwa… trzy… cztery… pięć.
Grzmot.
Pięć kilometrów od nas. Uśmiechnęła się do siebie samej. Gdy była mała, razem z mamą liczyły czas od błysku do grzmotu. Miała to być odległość wyrażona w kilometrach. Liczyło się po prostu sekundy które miną po błysku. Odległość burzy od nich.
Czarnowłosa usiadła na chodniku, wyciągnęła z kieszeni skórzanej kurtki paczkę Marlboro i zapalniczkę. Ręce jej się trzęsły. ‘ To tylko przez dragi ‘ – broniła się. Kolejny błysk rozświetlił niebo. Chwyciła jednego papierosa, po czym włożyła go do ust i odpaliła. Zapalniczkę schowała do kieszeni. Grzmot. Zaciągnęła się. W uszach jej szumiało. Wzrok płatał figle, te całe halucyny… Jednak lubiła ten stan. Nadal oglądała tą całą szopkę pod jej mieszkaniem. ‘ Ten idiota zadzwonił po policję.’ Śmiać jej się chciało. Błysk. Siedziała tak i myślała, pomimo tego, że czułą się cholernie rozbudzona przez działanie narkotyków, nadal czuła smutek. Zawsze udawała twardą i niezależną, jednak w środku była zagubiona. Grzmot.
Po chwili z nieba zaczęły spadać pierwsze krople deszczu. Catherine skończyła papierosa, po czym wyrzuciła go za siebie nie myśląc o gaszeniu go. Wstała. Jeszcze raz spojrzała na radiowóz tkwiący przed jej blokiem, po czym odwróciła się i ruszyła w stronę tonących w deszczu ulic Nowego Jorku.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz